
Afera dotycząca rozdzielenia środków z Krajowego Planu Odbudowy na „inwestycje” dla przedsiębiorców rośnie w oczach. Co bardziej śmiali komentatorzy wieszczą rychły upadek rządzącej koalicji, z kolei przedstawiciele obozu władzy idą w zaparte, że „żadnej afery nie ma”. Sprawą zainteresowały się już organy Unii Europejskiej: Prokuratura Europejska oraz Komisja Europejska. Póki co rząd jest zobowiązany jedynie do podjęcia „działań wyjaśniających”, na których wyniki przyjdzie nam poczekać przynajmniej do jesieni.
Na początek więc garść suchych faktów. Polsce przyznano z KPO sumarycznie 255,8 mld zł. Środki przeznaczone na budzące kontrowersje inwestycje przedsiębiorstw z branży HoReCa, turystyki oraz kultury, wyniosły 1,24 mld zł, co stanowi 0,5% całej puli. Dofinansowanie przyznano 3005 przedsiębiorstwom, co przełożyło się na średnią kwotę dotacji w wysokości 412 942 zł na jedną firmę.
Założeniem opisywanego projektu była dywersyfikacja działalności przedsiębiorstw z sektora MŚP (do 249 pracujących) w branżach, które najmocniej odczuły pandemię covid-19 tj. zakwaterowanie, gastronomia, turystyka i kultura. Według REGON na koniec 2020 roku w tych branżach prowadziło działalność niespełna 190 tys. firm. Nawet biorąc pod uwagę fakt, iż ten rejestr nie jest do końca aktualny i zawyża liczbę podmiotów prowadzących aktualnie działalność, to i tak oznacza, że beneficjentami KPO zostało co najwyżej 2% tych przedsiębiorstw. Swoją drogą z tą kulturą to też jest mocno na wyrost, bowiem na liście kodów PKD kwalifikujących się do dofinansowania na próżno szukać organizacji imprez artystycznych, czy edukacji artystycznej, widnieje za to 85.51.Z – pozaszkolne zajęcia sportowe i rekreacyjne.
Niewątpliwie pandemia uderzyła szczególnie mocno w przedsiębiorstwa z wymienionych branż. Państwo powinno im w jakiś sposób zrekompensować poniesione straty, bo wprowadzając przymusowe lockdowny i rozliczne obostrzenia ograniczające ich swobodę działania – rząd jednocześnie nie wprowadził stanu wyjątkowego, chcąc „wymigać się” od konieczności wypłaty odszkodowań tym firmom. Państwo zrujnowało więc tysiącom polskich przedsiębiorców dorobek ich życia, często wpędzając ich w spiralę kredytową lub doprowadzając do bankructwa.
I w tym momencie „cały na biało” wchodzi rząd centrolewu i obwieszcza, że „odbudowuje gospodarkę”… dofinansowując niecałe 2% sektora i w dodatku 5 lat po fakcie. Rządowa retoryka nie trzyma się jednak kupy. Opisywany program miał niby na celu uodpornić przedsiębiorców z branży gastronomicznej i hotelowej na wypadek ponownego wystąpienia pandemii. Szkopuł w tym, że dywersyfikacja w tym wydaniu polegała na rozszerzeniu gamy usług w przedsiębiorstwach usługowych. Na chłopski rozum: przecież gdybyśmy mieli, odpukać, nawrót covid-a, to nie zaczęlibyśmy nagle chodzić do solariów albo klubów swingersów zamiast do pizzerii. No ludzie, nie róbcie z nas idiotów!
Coraz więcej poszlak wskazuje na to, że mieliśmy do czynienia z „ustawką” – szeroko zakrojonym procederem wyłudzeń, zorganizowanym przez siatkę polityków oraz powiązanych z nimi pato-firm i macherów od wyłudzania dofinansowań. Formalnie winni nie są przedsiębiorcy, którzy zgłosili projekty, tylko ci, którzy je ocenili i rozdysponowali środki. Jachty i ekspresy do kawy za pół miliona zł budzą oczywiście uzasadniony niesmak. Trzeba mieć jednak świadomość tego, że jeśli dana firma wnioskowała o sfinansowanie zakupu jachtu, to najprawdopodobniej postąpiła tak zasięgając doradztwa jakiegoś specjalisty, według którego taki projekt kwalifikował się do otrzymania wysokiej punktacji. Żeby było śmiesznie, to w gronie tych „fachowców” znajduje się także pewien radny od „prawych i sprawiedliwych”, który prowadził nawet kanał na YouTube na ten temat, jednak kiedy afera wyszła na jaw, to jego radosna twórczość magicznie zniknęła z sieci.
I teraz zasadnicze pytanie – skąd ci wszyscy spece od grantów posiadali informacje odnośnie tego, jakie przedsięwzięcia miały największe szanse na zakwalifikowanie się do programu? Bo w dokumentach PARP brak jest jakichkolwiek szczegółów na ten temat. Pikanterii dodaje też fakt, że nie przeprowadzono żadnej kampanii informacyjnej, toteż większość przedsiębiorców nie miała pojęcia, że może pozyskać jakieś pieniądze. Świadczą o tym liczby, gdzie np. w regione nr 1 na liście rezerwowej znalazło się początkowo nieco ponad 200 firm, podczas gdy zawarto 709 umów, co oznacza, że dofinansowanie otrzymało około 80% wnioskujących. Jest to niebywały wręcz odsetek beneficjentów. Z informacji upublicznionych przez portal odpowiedzialnypoznan.pl wynika, że było to celowe działanie Ministerstwa Funduszy i Polityki Regionalnej. Poznański oddział PARP otrzymał bowiem z Warszawy nakaz odwołania przygotowywanej przez miesiąc konferencji promującej możliwość pozyskiwania środków z KPO. Mało tego, prezes Agencji Katarzyna Duber-Stachurska stała się kozłem ofiarnym i poleciała ze stanowiska, rzucając na odchodne: „Tak się kończą złudzenia, że Polska może mieć apolityczną i sprawną administrację publiczną…”. Swoją drogą to też jest kuriozum – afery nie ma, ale są winni.
Przyjrzyjmy się zatem, jak cały ten proces „krojenia tortu” wyglądał od strony formalnej. Za stworzenie regulaminów oraz kryteriów wyboru przedsięwzięć odpowiadał PARP. Trzeba jednak pamiętać o dwóch rzeczach. Po pierwsze agencja ta jest w pełni zależna od Ministra Funduszy i Polityki Regionalnej. Po drugie zaś środki rozdzielał nie PARP, tylko pięciu zewnętrznych operatorów, wyłonionych w drodze konkursu, zakończonego 12 października 2023 roku, czyli jeszcze za rządów PiS-u. Tymi operatorami były zaś trzy prywatne spółki i dwie fundacje.
I teraz wisienka na tym torcie, czy jak kto woli truskawka. Niedługo po ogłoszeniu wyników tego konkursu w 2024 roku, na grupach na Facebooku pojawiło się mnóstwo anonimowych ofert dotyczących kupna spółek, które spełniały podstawowe kryteria naboru tj. spadek przychodów w trakcie pandemii oraz wpisanie w PKD kodu z branży HoReCa (ciekawe, czy poddano kontroli faktyczność prowadzenia takiej działalności przez wnioskodawcę, bowiem samo wpisanie danego kodu PKD nie obliguje do tego przedsiębiorcy). Liczba tych ogłoszeń wskazuje, iż proceder ten mógł mieć wręcz masowy charakter.
Czy dofinansowanie otrzymali więc rzeczywiście ci, którzy go potrzebowali i na to zasługiwali? Jest to wątpliwe, tym bardziej, że cała ta afera ma jeszcze drugie dno. Doniesienia prasowe wskazują bowiem, że kryterium oceny wniosków w wielu przypadkach mogło być stricte polityczne, gdyż wśród beneficjentów znajdują się osoby powiązane z obecnym obozem władzy. Listę „obdarowanych” otwiera żona najbogatszego posła partii rządzącej (PO), z kolei inna posłanka z centrolewu wyznała nieopatrznie na antenie Polsatu, że „dofinansowanie otrzymała połowa jej rodziny i znajomych”. Nie można też przejść obojętnie wobec faktu, że najwięcej pieniędzy, w przeliczeniu na mieszkańca, wytransferowano do firm z województw uchodzących za bastiony „Polski liberalnej”. 64 zł na obywatela przypadło więc podmiotom z województwa zachodniopomorskiego, niewiele mniej, bo 58 zł, wpłynęło do beneficjentów z pomorskiego. Z kolei najmniej środków otrzymały przedsiębiorstwa z województw: lubelskiego (18 zł), świętokrzyskiego, podkarpackiego (20 zł) i podlaskiego (27 zł). Nie chciałbym być w skórze polityków, jeśli te przypuszczenia się potwierdzą…
Czy można to było rozwiązać inaczej, w uczciwy i rynkowo uzasadniony sposób? W normalnych okolicznościach oczywiście, że tak, np. poprzez pokrycie przedsiębiorstwom części strat. Każda firma, która odnotowała spadek obrotów wskutek rządowych obostrzeń powinna mieć prawo przedstawić stosowną dokumentację, na której podstawie państwo wypłaciłoby wszystkim wnioskodawcom stosowne odszkodowania z ogólnej puli środków. Tak postąpiłby racjonalny rząd i nie byłoby wtedy żadnej afery.
Tylko, że my żyjemy w realiach unijnych, gdzie brukselscy i „rodzimi” biurokraci wiedzą lepiej, co jest dobre dla gospodarki. Przedsiębiorca musi więc złożyć wniosek, za którego napisanie trzeba odpalić wysoki procent jakiemuś „fachowcowi”, a potem dokonać „inwestycji”, na którą sam nigdy by nie wpadł. Bo tutaj nie chodzi o to, żeby poprawić byt polskiemu przedsiębiorcy, czy zdywersyfikować jego działalność, tylko o to, aby zapewnić rynek zbytu bogatym unijnym krajom przemysłowym. Myślicie, że gdzie te wszystkie jachty, ekspresy do kawy i osprzęt do solariów zostaną zakupione? U polskich producentów, czy zagranicznych? To jest sedno nie tylko tego, ale wszystkich większych programów unijnych.
Rządzący zasłaniają się argumentem, że fundusze dla HoReCa to „tylko 0,5%”. Po raz kolejny zdają się nie dostrzegać, że tutaj chodzi nie o pieniądze, tylko o zasady. Przeciętny Polak odbiera to jako policzek wymierzony mu przez tzw. elity, bo policzył sobie, że cwaniaczek od projektów zarobi za jedną taką kombinację więcej, niż on za cały rok tyrania w pocie czoła. Odwracają się od nich także najwierniejsi sojusznicy, tacy jak Rafał Brzoska, który na swoim profilu w serwisie X zarzucił im głupotę i pazerność, kwitując całą sytuację słowami: „Chyba nikt nie ma już wątpliwości, że to koniec”.
Czy afera z KPO jest zwiastunem rychłego rozpadu koalicji rządzącej? Raczej jest to wątpliwe. Politycy różnych partii wchodzących w skład centrolewu mówią w tej sprawie jednym głosem, podejrzewam więc, że wszyscy są jednakowo umoczeni w ten proceder i nawet marszałek „rotacyjny” nie poważy się na ponowne odgrywanie roli ostatniego sprawiedliwego. Ponadto rozpisanie w takich okolicznościach nowych wyborów oznaczałoby dla koalicji nie tylko utratę władzy, ale prawdopodobnie także polityczny koniec platformianych przystawek. Będą więc grali na przeczekanie, bo na tyle mają jeszcze instynktu samozachowawczego. Tymczasem po drugiej stronie frontu czyhają wygłodniałe państwowych fruktów hieny od „Pinokia”. Jakoś niespecjalnie cieszy mnie perspektywa ich ponownego dojścia do władzy. Dlatego też apeluję do wszystkich patriotów i ludzi dobrej woli – przyłączcie się do Ruchu Patriotycznego i budujcie z nami silną i niezależną organizację, która usunie ze sceny wszelkiej maści polityczne mafie oraz przywróci Polakom wiarę w uczciwe państwo. Tak, wiem, że to brzmi naiwnie. Ale lepiej być łatwowiernym, któremu przyświecają czyste intencje, niż cynicznym „realistą”, skazanym na ciągłe wybieranie „mniejszego zła”.
Przemysław Piejdak
Sekretarz Zarządu Głównego
Ruchu Patriotycznego